piątek, 4 czerwca 2010

modnie (nie - wygodnie)

Kupiłam sobie dzisiaj trochę ciuchów. Wśród nich rzadkość, spodnie. Jasnoszare, z kantem (potem zawsze mam problem z prasowaniem), szerokie jak sam diabeł. Do tego kilka bluzek, znaczy koszul i jeszcze spódnica typu bombka. Ładne są te bombki ostatnio w sklepach.
Tenże komplet nabytków, w połączeniu z obrazem letnio ochędorzonych kobiet na ulicach, skłonił mnie do filozoficznej zadumy w autobusie na basen. Zadumałam się nad tym, że nie ubieram się modnie. Bo w Polsce modnie znaczy - tak, jak 3/4 rodzaju żeńskiego w danym momencie. Modne, czyli identyczne ciuchy, oferują wszystkie będące w moim zasięgu finansowym sieciowce. W sklepach są te same ubrania, w takich samych kolorach. Laski kupują je na potęgę, a potem wyglądają jak wypuszczone z jednej taśmy produkcyjnej. A ja uparcie od lat wynajduję w tym gąszczu rzeczy modnych, zupełnie niemodne klasyczne spódnice, spodnie z kantem i koszule ze stójką, sukienki w grochy i coraz wyższe szpilki (chociaż te ostatnio zrobiły się dość modne). Wcale mi z tym nie jest źle - jedyny problem to ten, że często nie ma w sklepach nic, co by mnie interesowało, i jednocześnie było w moim zasięgu. Zonk jest też taki, że nie mam butów sportowych ani skarpetek, ale to zupełnie inna historia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz